Łaskę uświęcającą traci człowiek, gdy popełnia grzech ciężki. 69.Przez co możemy odzyskać utraconą łaskę uświęcającą? Utraconą laskę uświęcającą możemy odzyskać przez sakrament pokuty. 70.Co to jest łaska uczynkowa? Łaska uczynkowa jest to pomoc Boża do spełniania dobrych uczynków, potrzebnych do zbawienia.
Jako ten, który osłabł w wierze, podam trzy rzeczy, które zrobiłem, by ją odzyskać. Po pierwsze, modliłem się. Bardzo dobrze zadziałała modlitwa o siłę i wiedzę, co powinienem zrobić. Po drugie, powiedziałem bliskim przyjaciołom, a oni niezmiernie mi pomogli, kiedy tego potrzebowałem. Po trzecie, czytałem pisma święte.
Napisz, co pomaga nam odzyskać łaskę bożą. October 2018 2 24 report. Opublikowano 13.05.2018 na ten temat religia from guest. Source: brainly.pl.
Bóg działa w naszych sercach, ale również w naszych czynach. Dlatego warto szukać pomocy u ludzi, którzy mogą nam pomóc, oraz podejmować decyzje, które będą służyć naszemu dobru i dobru innych. Nie zawsze wiemy, co jest dla nas najlepsze, ale Bóg zawsze wie, co jest dla nas dobre. Dlatego warto Go o to prosić i zaufać Jego woli.
1. Oceń jakie Ustawy norymberskie wpłynęły na życie mieszkańców from brainly.pl. Rzucających się w oczy symboli religijnych. Wraca temat zakazu noszenia symboli religijnych przez pracowników sektora publicznego w kanadyjskim quebecu.
1Pycha - nie chwaląc, sie nie poniżać innych 2.Chciwość - nie być chciwym, pomagać innym, nie odpłacać za zło złem 3.Nieczystość - być czystym w mowie nie mówić…
. - Odwaga nie polega tylko na robieniu hałasu, ale także na tym, by umieć go robić, i wiedzieć, kiedy i jak go robić - mówił papież w czasie spotkania z jezuitami na 36. Kongregacji Generalnej. 24 października 2016 r. papież Franciszek spotkał się z jezuitami podczas ich 36. Kongregacji Generalnej. Przyjechał zwykłym samochodem kilka minut przed godziną Po przywitaniu się z ojcem Generałem i kilkoma innymi czekającymi na niego, udał się do auli Kongregacji, gdzie włączył się w modlitwę ze wszystkimi delegatami. Następnie wygłosił przemówienie. Po przerwie podjął otwarty i serdeczny dialog z delegatami, którzy spontanicznie zadawali pytania. Papież nie chciał, by je przygotowano wcześniej, ani też nie chciał się z nimi wcześniej zapoznać. W ten sposób doprowadził do bardzo rodzinnego spotkania, trwającego około półtorej godziny. Na koniec pozdrowił osobiście każdego z obecnych. Poniżej zamieszczamy pytania i odpowiedzi. W auli, z racji praktycznych, pytania zadano w trzech grupach. Zamieszczony tekst odtwarza integralne odpowiedzi Papieża, a dla ułatwienia lektury podane są oddzielnie pytania z ich istotną treścią. Tekst zachowuje ton i charakter rozmowy. * * * Ojcze Święty, jesteś żywym przykładem profetycznej śmiałości. Jak to robisz, że wyrażasz ją z taką skutecznością? W jaki sposób możemy robić to samo? Papież Franciszek: Odwaga nie polega tylko na robieniu hałasu, ale także na tym, by umieć go robić, i wiedzieć, kiedy i jak go robić. A przede wszystkim trzeba najpierw rozeznać, czy trzeba robić hałas czy nie. Odwaga stanowi konstytutywny element każdej działalności apostolskiej. A dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek konieczna jest profetyczna odwaga i śmiałość. Potrzebna jest odnowiona parresia1, profetyczna śmiałość, by się nie lękać. Wymowny jest fakt, że to było pierwsze, co św. Jan Paweł II powiedział po wyborze na papieża: "Nie lękajcie się!" Przypomniał o wszystkich problemach krajów Europy Wschodniej, a śmiałość sprawiła, że stawił im wszystkim czoło. Jakiej profetycznej śmiałości oczekuje się dziś od nas? Nad tym trzeba przeprowadzić rozeznanie. To postawa, która rodzi się z magis2. A magis to parresia! Magis wspiera się na Bogu zawsze Większym. A więc, kierując spojrzenie na Boga zawsze Większego, rozeznanie pogłębia się w poszukiwaniu miejsc, gdzie można ukierunkować śmiałość. Uważam, że to jest wasze zadanie podczas Kongregacji: rozeznawać, "gdzie" właśnie ukierunkować magis, profetyczną śmiałość, parresię. Niekiedy profetyczna śmiałość łączy się z dyplomacją, z pewnym dziełem przekonywania i jednocześnie z mocnymi znakami. Na przykład, zadaniem profetycznej śmiałości jest zaatakować korupcję, bardzo rozpowszechnioną w niektórych krajach. Na przykład korupcja jest wtedy, gdy kończą się konstytucyjne kadencje władzy i podejmuje się natychmiast starania o zreformowanie Konstytucji, by jeszcze pozostać u władzy. Uważam, że Towarzystwo w swojej pracy nauczania i budzenia wrażliwości społecznej powinno wykonać dobrą pracę w zakresie śmiałości, by przekonać wszystkich, że jakiś kraj nie może się rozwijać, jeśli nie są szanowane podstawowe prawa przyjęte przez ten sam kraj, by można nim było rządzić w przyszłości. Ojcze, sposób, w jaki kolonizatorzy traktowali ludy tubylcze, był poważnym problemem. Zagarnięcie ziem przez kolonizatorów było poważnym wydarzeniem, którego reperkusje odczuwane są po dziś dzień. Co Ojciec Święty o tym myśli? Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że dzisiaj jesteśmy bardziej świadomi tego, co oznacza bogactwo ludów tubylczych, właśnie w epoce, w której zarówno pod względem politycznym, jak i kulturowym chce się je unicestwić przez globalizację pojmowaną jako "kula", czyli globalizację, w której wszystko poddane jest uniformizmowi. Dziś więc nasza profetyczna śmiałość, nasza świadomość powinna zwrócić się ku inkulturacji. A naszą figurą globalizacji nie powinna być kula, lecz raczej wielościan. Podoba mi się figura geometryczna wielościanu, ponieważ jest jednym, ale ma różne oblicza. Jedność buduje się przez zachowanie tożsamości ludów, osób i kultur. Oto jakie bogactwo powinniśmy wnieść w proces globalizacji, bo w przeciwnym wypadku prowadzi ona do uniformizmu i okazuje się niszczycielską. W proces globalizacji uniformizującej i niszczycielskiej wchodzi zniszczenie tubylczych kultur, natomiast trzeba je odzyskać. I trzeba je odzyskać z pomocą poprawnej hermeneutyki, pomagającej nam w tym zadaniu. Nie jest to ta sama hermeneutyka co w epoce kolonialnej. W tamtej epoce hermeneutyka polegała na nawracaniu ludów, poszerzaniu Kościoła… i dlatego przekreślano niezależność tubylczą. Była to hermeneutyka typu scentralizowanego, gdzie dominujące imperium w pewien sposób narzucało swoją wiarę oraz kulturę. Można zrozumieć, że w tamtych czasach tak myślano, ale dzisiaj absolutnie konieczna jest radykalnie odmienna hermeneutyka. Powinniśmy interpretować rzeczy w inny sposób, to znaczy dowartościowując każdy naród, jego kulturę, jego język. Powinien właśnie nam pomagać proces inkulturacji, nabierający coraz większego znaczenia począwszy od Soboru Watykańskiego II. W każdym bądź razie pragnę nawiązać do prób inkulturacji, jakie podejmowano w pierwszym okresie misji - do prób, jakie rodzą się już z doświadczenia Pawła z "poganami". Duch Święty już wtedy jasno mu podsunął, że trzeba inkulturować Ewangelię pośród narodów pogańskich. To samo powtarza się w epoce rozmachu misyjnego. Pomyślmy, na przykład, o doświadczeniu Mattea Ricciego i Roberta de Nobili3. Byli oni pionierami, ale hegemonistyczna koncepcja rzymskiego centralizmu zahamowała to doświadczenie, położyła mu kres. Uniemożliwiła dialog, w którym kultury szanowałyby się nawzajem. Stało się tak, ponieważ, na przykład, stosowano hermeneutykę religijną do tego, co stanowiło zwyczaje społeczne. Mylono nawet szacunek dla zmarłych z bałwochwalstwem. W tym wypadku hermeneutyka odgrywała centralną rolę. W tym momencie wydaje mi się ważne - przy pełniejszej świadomości, jaką dzisiaj mamy wobec ludów tubylczych - wspieranie form wyrazu, kultury każdego z nich, i samej ewangelizacji, dotykającej również liturgii i wyrażającej się także w kulcie. Kongregacja ds. Kultu Bożego akceptuje to. Kończę wspomnieniem, które natomiast dotyczy moralności. Kiedy byłem studentem teologii, zlecono mi obowiązki bibliotekarza. Przeglądając pewien meksykański tekst mniej więcej z XVIII wieku z teologii moralnej, ułożony w formie pytań i odpowiedzi, natknąłem się na jedno z pytań: "Czy jest grzechem śmiertelnym seksualne współżycie między Hiszpanem i kobietą tubylczą". Odpowiedź moralisty doprowadziła mnie do śmiechu: "Materia jest poważna, dlatego grzech jest ciężki co do materii, ale biorąc pod uwagę, że konsekwencją tego aktu byłby jeden chrześcijanin więcej dla szerzenia królestwa Bożego, grzech nie jest tak ciężki, jakim byłby w Europie". W swoim przemówieniu Ojciec Święty wyraźnie zaproponował nam moralność opierającą się na rozeznaniu. Jak nam sugeruje postępować w dziedzinie moralności wobec tej dynamiki rozeznawania sytuacji moralnych? Wydaje mi się, że nie jest możliwe zatrzymanie się na interpretacji takiego zastosowania normy, które ogranicza się do traktowania szczegółowych sytuacji jako przypadków normy generalnej… Rozeznanie, zdolność rozeznania to element kluczowy. I właśnie zauważam brak rozeznania w formacji kapłanów. Ryzykujemy bowiem, że przyzwyczaimy się do "białego lub czarnego" i do tego, co jest legalne. Generalnie jesteśmy dosyć zamknięci na rozeznawanie. Jedno jest pewne: dziś w pewnej liczbie seminariów duchownych powróciła na nowo pewna sztywność, która jest daleka od rozeznawania sytuacji. To niebezpieczna sprawa, ponieważ może nas prowadzić do pojęcia moralności posiadającej kazuistyczny sens. Występuje to przy różnych sformułowaniach, ale zawsze po tej samej linii. Bardzo się tego boję. Mówiłem już o tym na spotkaniu z jezuitami w Krakowie podczas Światowego Dnia Młodzieży. Zapytali mnie tam jezuici o to, co może robić Towarzystwo, i odpowiedziałem, że jego ważnym zadaniem jest formacja seminarzystów i kapłanów do rozeznawania. Ja sam i moje pokolenie - może nie najmłodsi, ale moje pokolenie i niektóre z następnych - zostaliśmy wychowani w dekadenckiej scholastyce. Studiowaliśmy z podręcznika teologię, a także filozofię. To była scholastyka dekadencka. Na przykład, dla wytłumaczenia "metafizycznego continuum" - śmieję się za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominam - uczono nas teorii puncta inflata4. Kiedy wielka scholastyka zaczęła obniżać loty, nastała wspomniana scholastyka dekadencka, którą studiowało moje pokolenie i inne. To ta scholastyka dekadencka sprowokowała kazuistyczną postawę. I ciekawe: materię "sakramentu pokuty" na wydziale teologicznym, zwykle - ale nie wszędzie - wykładali profesorowie teologii moralnej sakramentalnej. Cała dziedzina moralna zacieśniała się do "można", "nie można", "aż dotąd tak, i aż dotąd nie". Podczas egzaminu ad audiendas, jeden z moich kolegów, któremu zostało postawione dosyć zawiłe pytanie, powiedział z całą prostotą: "Ależ, ojcze, te rzeczy nie mają miejsca w rzeczywistości!" Egzaminator na to odpowiedział: "Ale to jest w książkach!" Była to moralność bardzo odległa od rozeznawania. W tamtych czasach występowało el cuco6, widmo moralności sytuacyjnej… Myślę, że Bernhard Häring7 był pierwszym, który zaczął szukać nowej drogi dla ponownego rozkwitu teologii moralnej. Oczywiście, w naszych czasach teologia moralna dokonała wielkiego postępu w swoich refleksjach i w swej dojrzałości: już nie jest więcej "kazuistyką". W dziedzinie moralnej trzeba postępować naprzód nie popadając w sytuacjonizm. Ale, z drugiej strony, trzeba wydobyć na nowo wielkie bogactwo zawierające się w wymiarze rozeznania. I to należy do wielkiej scholastyki. Zauważmy jedno: św. Tomasz i św. Bonawentura twierdzą, że ogólna zasada odnosi się do wszystkich, ale - mówią to wyraźnie - w miarę, jak przechodzi się do szczegółów, kwestia podlega zróżnicowaniu i przyjmuje wiele odcieni bez potrzeby zmiany zasady. Ta metoda scholastyczna zachowuje swoją ważność. Tą metodą moralną posługiwał się Katechizm Kościoła Katolickiego. Tę metodę zastosowano w ostatniej adhortacji apostolskiej Amoris laetitia, po przeprowadzeniu rozeznania przez cały Kościół podczas dwóch Synodów. Moralność zastosowana w Amoris laetitia jest tomistyczną, ale wielkiego św. Tomasza, a nie autora puncta inflata. Jest rzeczą oczywistą, że w dziedzinie moralnej trzeba postępować według rygoru naukowego i z miłością do Kościoła i rozeznania. Istnieją pewne punkty moralności, co do których tylko na modlitwie można mieć wystarczające światło, by móc dalej prowadzić refleksję teologiczną. I w tym wypadku, pozwalam sobie to powtórzyć, trzeba uprawiać "teologię na kolanach". Nie można uprawiać teologii bez modlitwy. To kluczowy punkt, i trzeba tak robić. /Dalsza część rozmowy na str. 2/ Przypisy: 1. Parresia jest greckim słowem, występującym często w tekście greckim Nowego Testamentu, gdzie oznacza odwagę i szczerość świadectwa. Posługiwano się nim często w chrześcijańskiej tradycji, zwłaszcza w początkach, również jako przeciwnym "hipokryzji". 2. Magis (więcej, bardziej) w tradycji ignacjańskiej wywodzi się ze sławnego hasła ad maiorem Dei gloriam (na większą chwałę Bożą) i stanowi syntezę silnego impulsu duchowego. Działanie jezuity charakteryzuje magis - żywe napięcie przypominające nam, że zawsze można postawić następny krok w stosunku do tego, gdzie jesteśmy, ponieważ nasze przemierzanie drogi odpowiada zawsze coraz wyraźniejszemu objawianiu się chwały Bożej. Dzięki rozeznawaniu duchowemu uczymy się rozpoznawać dobro występujące w każdej sytuacji i wybierać tę, która prowadzi do większego dobra. 3. Jezuici Matteo Ricci (1552-1610) i Roberto de Nobili (1577-1656) byli prawdziwymi pionierami. Jako misjonarze - odpowiednio w Chinach i w Indiach - starali się przystosować głoszenie Ewangelii do lokalnej kultury i kultów. Zaniepokoiło to niektórych i w Kościele podniosły się głosy przeciwne duchowi tych postaw, które miały rzekomo zanieczyszczać chrześcijańskie orędzie. 4. Papież ma tu na myśli teorie i debaty z początków XVII wieku, w które byli również zaangażowani jezuici, jak Rodrigo de Arriaga. 5. El cuco można by przetłumaczyć na polski jako "straszydło" (przyp. tłum.) 6. Bernhard Häring (1912-1998) , zakonnik, redemptorysta, był niemieckim teologiem moralnym i jednym z założycieli "Accademia Alfonsiana". Jego dzieło miało znaczny wpływ na przygotowanie i przebieg Soboru Watykańskiego II. Wokół Towarzystwa krąży wiele legend: pozytywnych ze strony tych, przez których jesteśmy lubiani, i legenda nieco czarna ze strony tego, który nas nie lubi. Do ciebie, Ojcze Święty, który nas lubisz i dobrze znasz, kieruję to pytanie: na co chciałbyś, byśmy zwrócili uwagę? Trochę mi trudno odpowiedzieć, ponieważ trzeba widzieć, skąd pochodzą krytyki. Trochę trudno, ponieważ w mojej sytuacji oraz w środowisku, w którym się poruszam, krytyki pod adresem Towarzystwa mają przeważnie ton o charakterze restauracyjnym. To znaczy, są to krytyki marzące o przywróceniu takiego Towarzystwa, które być może niegdyś było pociągające, ponieważ to były jego czasy, ale które nie jest pożądane w naszych czasach, ponieważ nie jest to już ten Boży czas dla Towarzystwa dzisiaj. Za krytyką kryje się ten typ myślenia. Natomiast w tej sprawie Towarzystwo powinno być wierne temu, co mu mówi Duch. Zaś co do krytyk - zależy, kto je wysuwa. To znaczy, trzeba rozeznać, skąd pochodzą. Uważam, że czasem nawet najgorszy z kierujących się złą wolą może skrytykować coś, co mi pomoże. Trzeba wsłuchiwać się we wszystkie krytyki i rozeznawać je. Nie trzeba zamykać drzwi przed jakąkolwiek krytyką, ponieważ ryzykujemy, że przyzwyczaimy się do zamykania drzwi. A to nie jest dobre. Po rozeznaniu można powiedzieć: ta krytyka nie ma żadnej podstawy, i odrzucić ją. Ale powinniśmy każdą odebraną krytykę poddać rozeznaniu, powiedziałbym codziennemu, osobistemu, ale zawsze z dobrą wolą, z otwartym sercem i wobec Pana. Żyjemy w świecie charakteryzującym się politycznymi i religijnymi polaryzacjami. Ojciec Święty przeżywał różne doświadczenia w swoim życiu, jako prowincjał i jako arcybiskup Buenos Aires. Biorąc pod uwagę swoje doświadczenie, Co nam Ojciec Święty sugeruje, by stawić czoło tym sytuacjom polaryzacji, zwłaszcza jeśli włączeni są w nie nasi bracia? Uważam, że ogólnie polityka, wielka polityka, coraz bardziej zdegradowała się do małej polityki. Nie tylko do polityki partyjnej każdego kraju, ale także do sektorowych polityk w obrębie tego samego kontynentu. Chciałem odpowiedzieć na ten specyficzny temat - ponieważ poproszono mnie o to - trzema przemówieniami o Europie, dwoma w Strasburgu i przemówieniem w związku z nagrodą "Karola Wielkiego". Francuscy biskupi opublikowali niedawno deklarację na temat polityki, która podejmuje lub nawiązuje do deklaracji sprzed piętnastu lub dwudziestu lat - Réhabiliter la politique, bardzo ważnej. Tamta deklaracja miała epokowe znaczenie: dała impuls polityce, polityce jako pracy rzemieślniczej, by budować jedność narodów oraz jedność narodu pośród wszystkich różnorodności, jakie występują wokół. Ogólnie mówiąc, słyszę opinię, że politycy upadli nisko. Brakuje tych wielkich polityków, którzy byli gotowi poważnie zaangażować się w sprawę swoich ideałów i nie obawiali się ani dialogu, ani walki, lecz szli naprzód, z inteligencją i charyzmatem właściwym polityce. Polityka jest jedną z najwyższych form miłości. Wielka polityka. I uważam, że w tym polaryzacje nie pomagają: natomiast tym, co pomaga w polityce, jest dialog. Jakie Ojciec Święty ma doświadczenie braci zakonnych w Towarzystwie, co do ich roli, i jak można przyciągnąć powołania na braci w Towarzystwie? Moje doświadczenie z braćmi było zawsze bardzo pozytywne. Bracia, z którymi mi przyszło mieszkać razem w moich czasach studenckich, byli ludźmi mądrymi, bardzo mądrymi. Dysponowali mądrością odmienną od mądrości scholastyków lub kapłanów. Nawet teraz, również ci bracia, którzy wiele studiowali i zajmują kierownicze stanowiska w instytucjach, mają coś - "nie wiem co" odmiennego od kapłanów. I uważam, że trzeba to zachować. Tę mądrość, ten element mądrości związany z byciem bratem. Co więcej, w wypadku wielkich braci, których poznałem, byłem pod wrażeniem "nosa", jakiego mieli, gdy mówili, na przykład: "Proszę mieć na oku tego ojca; wydaje mi się, że potrzebuje specjalnej pomocy…". Bracia, których poznałem, mieli często wielką roztropność. I pomagali! Brat wcześniej niż pozostali członkowie wspólnoty zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Nie wiem, jak to wyrazić; uważam, że istnieje specjalna łaska, trzeba szukać, jaka jest wola Boża co do brata w tym momencie i trzeba szukać, jak to wyrazić. Byłbym zadowolony, gdyby Ojciec Święty powiedział nam, kiedy spełni się proroctwo Izajasza: "Miecze swe przekują na lemiesze"… Na moim kontynencie, w Afryce, mamy już środki zdolne pozabijać dziesięć razy każdego z nas. Pracować dla pokoju to sprawa pilna. Powiedziałem to, ponad półtora roku temu, że znajdujemy się podczas trzeciej wojny światowej, w kawałkach. Teraz kawałki coraz bardziej się łączą. Jesteśmy na wojnie. Nie trzeba być naiwnymi. Świat jest na wojnie, a konsekwencje tego płacą niektóre kraje. Pomyślmy o Bliskim Wschodzie, o Afryce: tam mamy do czynienia z sytuacją stałej wojny. Z wojnami, mającymi swe źródło w całej historii kolonizacji i wyzysku. Oczywiście, są kraje posiadające niepodległość, ale czasem kraj, który przyznał im niepodległość, zarezerwował sobie własność do złóż mineralnych. Afryka pozostaje obiektem wyzysku z powodu bogactw, jakie posiada. Nawet ze strony krajów, które wcześniej nie myślały o tym kontynencie. Na Afrykę patrzy się zawsze w perspektywie wyzysku. I oczywiście prowadzi to do wojen. Ponadto, w niektórych krajach istnieje problem ideologizacji, prowadzących do poważnych rozłamów. Uważam, że praca na rzecz pokoju w tych okolicznościach, oprócz tego, że jest jednym z błogosławieństw, jest priorytetowa. Kiedy zapanuje pokój? Nie wiem, czy nadejdzie przed przyjściem Syna Człowieczego, ale natomiast wiem, że powinniśmy pracować na ile to jest możliwe na rzecz pokoju, zarówno przez politykę, jak i wzajemną koegzystencję. To można. To można. Dzięki chrześcijańskim postawom, które Pan wskazuje nam w Ewangelii, można wiele zrobić, i robi się wiele, i idzie się naprzód. Czasem płaci się za to wysoką cenę, osobiście. W każdym bądź razie idzie się naprzód. Męczeństwo stanowi część naszego powołania. Czy można się samemu zbawić? Jaka relacja istnieje między zbawieniem wspólnotowym a zbawieniem osobistym? Nikt nie zbawia się sam. Uważam, ze ta zasada powinna pozostać jasną: zbawienie jest dla ludu Bożego. Nikt nie zbawia się sam. Kto zamierza zbawić się sam, na własnej drodze spełnienia, skończy przymiotnikiem tyle razy używanym przez Jezusa: hipokryta. Skończy na hipokryzji. Zbawiać się samemu, zamierza zbawić się samemu, z postawą elitarną, jest hipokryzją. Pan przyszedł zbawić wszystkich. Czy jest rzeczą dobrą studiować teologię w kontekście realnego życia? Moją radą jest to, by wszystko, co młodzi studiują i czego doświadczają w kontakcie z różnymi kontekstami życia, było również poddane rozeznaniu osobistemu i wspólnotowemu, i stawało się przedmiotem modlitwy. Potrzebne jest studium akademickie, kontakt z realnym życiem nie tylko na peryferiach, ale na granicach peryferii, potrzebna jest modlitwa oraz rozeznanie osobiste i wspólnotowe. Jeśli wspólnota studentów czyni to wszystko, jestem spokojny. Jeśli brakuje którejś z tych rzeczy, zaczynam się niepokoić. Jeśli brakuje studium, w tym wypadku można mówić głupstwa albo idealizować sytuacje w sposób bardzo uproszczony. Jeśli brakuje realnego i obiektywnego kontekstu, z towarzyszeniem tego, który zna środowisko i pomaga, mogą się pojawiać głupie idealizmy. Jeśli brakuje modlitwy i rozeznania, z pewnością możemy być znakomitymi socjologami lub politologami, ale zostaniemy bez ewangelicznej śmiałości oraz ewangelicznego krzyża, który powinniśmy nieść, jak powiedziałem na początku. /Dalsza część rozmowy na str. 3/ Po 35. Kongregacji Generalnej Towarzystwo przemierzyło drogę zrozumienia wyzwań środowiskowych. Przyjęliśmy z radością encyklikę "Laudato si’". Czujemy, że Papież otworzył nam drzwi do dialogu z instytucjami. Co możemy robić, aby w dalszym ciągu czuć się wciągnięci w tę sprawę? Laudato si’ to encyklika, nad którą pracowało wielu, a naukowców, którzy nad nią pracowali poproszono, aby powiedzieli rzeczy dobrze uzasadnione, a nie zwykłe hipotezy. Pracowało nad tym wiele osób. Moja praca w istocie polegała na podaniu wskazań, dokonaniu tej lub innej korekty, a następnie przeprowadzeniu końcowej redakcji: tak, w moim stylu i opracowując niektóre aspekty. Uważam, że trzeba nadal pracować poprzez ruchy, w sposób akademicki, a także polityczny. Oczywiste jest bowiem, że świat cierpi nie tylko z powodu globalnego ocieplenia, ale złego używania rzeczy i ponieważ przyroda jest źle traktowana… W interpretacji Laudato si’ trzeba również wziąć pod uwagę, że nie jest to "encyklika zielona". Jest to encyklika społeczna. Punktem wyjścia jest rzeczywistość w tym momencie, która jest ekologiczna, ale encyklika jest społeczna. Jest oczywiste, że cierpią z tego powodu najbardziej ubodzy, którzy zostają odrzuceni. Encyklika stawia czoło tej kulturze odrzucenia osób. Trzeba sporo popracować nad częścią społeczną encykliki, ponieważ pracujący nad nią teologowie byli bardzo przejęci na widok wielkich reperkusji społecznych, jakie mają ekologiczne fakty. Bardzo pomaga spojrzenie na tę encyklikę jako społeczną. Papież Franciszek pragnie ubogiego Towarzystwa dla ubogich. Jaką radę da nam Ojciec Święty, by zmierzać w tym kierunku? Uważam, że w tym punkcie ubóstwa św. Ignacy poszedł znacznie dalej niż my. Gdy czytamy, jak pojmował ubóstwo oraz ślub niezmieniania ubóstwa, chyba żeby go jeszcze bardziej zacieśnić, powinniśmy się zastanowić. Ignacy nie tylko przyjmuje postawę ascetyczną, jak gdybym się chciał uszczypnąć, by bardziej bolało, ale jest to miłość ubóstwa jako stylu życia, jako drogi zbawienia, drogi eklezjalnej. Ponieważ dla Ignacego - posługuje się on tymi dwoma kluczowymi słowami - ubóstwo jest matką i murem. Ubóstwo rodzi, jest matką, rodzi życie duchowe, życie świętości, życie apostolskie. I jest murem, broni. Ileż kościelnych nieszczęść zaczęło się z powodu braku ubóstwa: także poza Towarzystwem, mam na myśli ogólnie cały Kościół. Ileż skandali, o których niestety muszę być informowany, biorąc pod uwagę miejsce, w którym się znajduję, bierze się z pieniędzy. Uważam, że św. Ignacy miał naprawdę wielką intuicję. W ignacjańskiej wizji ubóstwa mamy źródło inspiracji, które będzie nam pomocne. Klerykalizm, będący jedną z najpoważniejszych form zła w Kościele, dystansuje się od ubóstwa. Klerykalizm jest bogaty. A jeśli nie jest bogaty w pieniądz, jest bogaty w pychę. Ale jest bogaty: jest przywiązany do posiadania. Nie pozwala się rodzić z matki ubóstwa, nie pozwala się strzec przez mur ubóstwa. Klerykalizm jest jedną z form bogactwa najbardziej poważnych, z powodu której dzisiaj cierpimy w Kościele. Przynajmniej w niektórych rejonach Kościoła. Nawet w najbardziej codziennych doświadczeniach. Kościół ubogi dla ubogich jest Kościołem Ewangelii, Kazania na Górze w Ewangelii Mateusza i Kazania na nizinie w Ewangelii Łukasza, a także "protokołem", według którego będziemy sądzeni: Mateusz 25. Uważam, że w tym zakresie Ewangelia jest bardzo jasna i trzeba zmierzać w tym kierunku. Ale podkreślałbym fakt, że byłoby pięknie, gdyby Towarzystwo mogło pomóc w pogłębieniu wizji Ignacego dotyczącej ubóstwa, ponieważ uważam, że jest to wizja dla całego Kościoła. To coś, co może pomóc nam wszystkim. Ojciec Święty mówił bardzo dobrze o tym, jak ważne jest pocieszenie. A kiedy oddaje się refleksji pod koniec każdego dnia, co przynosi Ojcu Świętemu pocieszenie, a co pozbawia pocieszenia? Mówię w rodzinie, a więc mogę to powiedzieć: ja jestem raczej pesymistą, zawsze! Nie mówię, że jestem depresyjny, ponieważ nie jest to prawda. Ale jest prawdą, że skłaniam się do patrzenia na to, co nie funkcjonuje. Dlatego pocieszenie jest najlepszym środkiem antydepresyjnym, jaki znalazłem! Znajduję go, gdy staję przed Panem i pozwalam, by On ukazał mi to, co sprawił w ciągu dnia. Gdy, pod koniec dnia, zdaję sobie sprawę, że jestem prowadzony, gdy zdaję sobie sprawę, że pomimo mojego oporu znalazł się przewodnik, jak fala, która popchnęła mnie naprzód - to mnie wtedy pociesza. To jakby poczuć: "On jest tutaj". Co zaś dotyczy mojego pontyfikatu, pociesza mnie wewnętrzne odczucie: "Zgoda, moim wejściem do tego tańca nie było zbieżność głosów, ale to On jest w tym wszystkim. To jest dla mnie wielkim pocieszeniem. A gdy zauważam chwile, w których górę wziął mój opór, czuję się źle i skłania mnie do proszenia o przebaczenie. I dzieje się to dosyć często… I to robi mi dobrze. Zdać sobie sprawę, jak mówi św. Ignacy, że jest się "całą przeszkodą", uznać, że człowiek doświadcza w sobie oporów, że przeżywa je codziennie i że czasem je przezwycięża, a czasem nie. Doświadczenie to sprawia, że człowiek nie uważa się za nie wiadomo kogo. To pomaga. Oto moje osobiste doświadczenie, możliwie w najbardziej prostych słowach. Adhortacja apostolska "Evangelii gaudium" dostarcza wielkiej inspiracji i zachęca nas do rozmów na temat ewangelizacji. Co Ojciec Święty chce powiedzieć w ostatnich słowach adhortacji, gdy zaprasza do dalszej debaty? Jednym z niebezpieczeństw tekstów papieża jest to, że budzą trochę entuzjazmu, ale potem przychodzą inne i poprzednie trafiają do archiwum. Dlatego myślę, że ważne jest kontynuowanie pracy, to końcowe wskazanie, w których wyrażone jest życzenie, by organizować spotkania i pogłębiać przesłanie zawarte w Evangelii gaudium, ponieważ zapisany jest w niej cały sposób stawiania czoła różnym problemom kościelnym oraz ewangelizacja życia chrześcijańskiego. Uważam, że masz na myśli wezwanie znajdujące się na końcu i które pochodzi z dokumentu z Aparecidy. W tym fragmencie chcieliśmy nawiązać do adhortacji Evangelii nuntiandi, zachowującej najbardziej świeżą aktualność, taką samą, co w momencie publikacji, a dla mnie pozostaje ona nadal najważniejszym dokumentem duszpasterskim napisanym po Soborze Watykański II. Chociaż nie jest wspomniana, nie jest cytowana. Otóż, to samo może stać się z Evangelii gaudium. Kilka dni temu czytałem, że należałoby z Evangelii gaudium podjąć punkt o homilii, ponieważ został pominięty milczeniem. Znajduje się w nim coś, co Kościół powinien skorygować w swoim przepowiadaniu słowa i co ponadto wyzuwa go z aspektu klerykalnego. Uważam, że trzeba pogłębiać Evangelii gaudium, że trzeba pracować w grupach ludzi świeckich, kapłanów, seminarzystów, ponieważ Kościół pragnie dziś ewangelicznego oddechu. W tym zakresie trzeba iść naprzód. Nie jest to coś zamkniętego, tak jak byśmy powiedzieli: to już minęło, teraz przychodzi Laudato si’. A potem: to już minęło, teraz jest Amoris laetitia… W żadnym wypadku. Polecam wam adhortację Evangelii gaudium, będącą ramą. Nie jest oryginalną, w tym chcę być bardzo jasny. Łączy razem Evangelii nuntiandi z dokumentem z Aparecidy. Chociaż ukazała się po Synodzie na temat ewangelizacji, mocnym punktem Evangelii gaudium jest to, że podjęła wspomniane dwa dokumenty i odświeżyła je, by podać je następnie na nowym talerzu. Evangelii gaudium to apostolska rama dzisiejszego Kościoła. Kościół doświadcza spadku powołań zwłaszcza w miejscach, gdzie niechętnie promowano powołania lokalne. Jako biskupowi przydarzyło mi się w Buenos Aires, że niejednokrotnie bardzo dobrzy księża mówili w rozmowie: "Mam w parafii świeckiego, który «wart jest złota!»". I opisywali mi go jako świeckiego "pierwszej kategorii". A potem mnie pytali: "Co się księdzu biskupowi wydaje, jeśli zrobimy go diakonem?" Oto problem: wartościowego świeckiego chcemy zaraz zrobić diakonem, chcemy go klerykalizować. W liście, jaki niedawno przesłałem kardynałowi Oueletowi napisałem, że w Ameryce Łacińskiej jedyną rzeczą, która mniej więcej uchroniła się od klerykalizmu, jest pobożność ludowa. Istotnie, ponieważ pobożność ludowa jest jedną z tych rzeczy ludzi, w które księża nie wierzyli, świeccy byli kreatywni. Być może było konieczne poprawić niektóre rzeczy, ale pobożność ludowa ocalała, ponieważ księża nie zajmowali się tym. Klerykalizm nie pozwala wzrastać, nie pozwala pogłębiać mocy chrztu. To łaska chrztu posiada moc i ewangelizacyjną łaskę o wymiarze misyjnym. Natomiast klerykalizm źle dyscyplinuje tę łaskę i wprowadza formy zależności, które niekiedy utrzymują cale narody w głębokim stanie niedojrzałości. Przypominam sobie, ile było starć przy pojawianiu się kościelnych wspólnot podstawowych w czasach, kiedy byłem studentem teologii lub młodym księdzem. Dlaczego? Dlatego, że tam świeccy zaczęli odgrywać trochę większą rolę jako protagoniści, a pierwszymi, którzy poczuli się niepewni, byli księża. Zbytnio uogólniam, ale robię to celowo: jeśli skarykaturyzuję problem to dlatego, że problem klerykalizmu jest bardzo poważny. Jeżeli chodzi o powołania lokalne, to powiem, że sprawą zmniejszania się powołań będzie się zajmował najbliższy Synod. Uważam, że powołania są; trzeba po prostu wiedzieć, jak je proponować i jak je otaczać opieką. Jeśli księdzu zawsze się spieszy, jeśli zanurzony jest w tysiącu spraw administracyjnych, jeśli się nie przekonamy, że kierownictwo duchowe jest charyzmatem nie klerykalnym, lecz świeckim (które może podjąć także ksiądz), i jeśli nie włączymy świeckich do rozeznawania powołań, to jest rzeczą oczywistą, że nie będziemy mieć powołań. Młodzi potrzebują, żeby ich słuchać; a młodzi męczą. Powracają z tymi samymi sprawami i trzeba ich słuchać. I dlatego, oczywiście, trzeba mieć cierpliwość, usiąść i słuchać. A także potrzebna jest kreatywność, by zaangażować ich w konkretną pracę. Dzisiaj same "spotkania" nie mają już większego sensu, nie są owocne. Trzeba skierować młodych do działalności o charakterze misyjnym, katechetycznym lub społecznym. To robi bardzo dobrze. Pewnego razu udałem się do parafii na peryferiach, do villa miseria. Ksiądz powiedział mi, że buduje salę na spotkania, na zapleczu. Ponieważ ten ksiądz miał również wykłady na państwowym uniwersytecie jako asystent, wzbudził u chłopców i dziewcząt entuzjazm i pragnienie uczestnictwa. Przyszedłem tam w sobotę i pracowali jako murarze: kierującym pracami inżynierem był Żyd, jedna z dziewcząt była ateistką, a inny nie wiem kim, ale byli złączeni w jednej pracy. Rodzi to pytanie: czy mogę coś zrobić dla innych oraz z innymi? Trzeba zaangażować młodych do pracy i trzeba ich słuchać. Według mnie, potrzeba tych dwóch rzeczy. Nie promowanie powołań lokalnych to samobójstwo; oznacza to ni mniej ni więcej sterylizację Kościoła, ponieważ Kościół jest matką. Nie promowanie powołań lokalnych to zamykanie kościelnych przewodów. To nie pozwalanie, by ta matka miała swoje dzieci. A to jest poważna sprawa. Digitalizacja jest typową cechą współczesnej epoki. Tworzy szybkość, napięcie, kryzys. Jaki ma ona wpływ na dzisiejsze społeczeństwo? Co robić, aby mieć szybkość i głębię? Holendrzy już trzydzieści lat temu albo jeszcze wcześniej wynaleźli słowo "szybkościowanie". To znaczy, postęp geometryczny w pojęciach szybkości. I to właśnie "szybkościowanie" przemienia digitalny świat w możliwe zagrożenie. Nie mówię tu o jego aspektach pozytywnych, ponieważ znamy je wszyscy. Podkreślam również problem płynności, który może przekreślić konkret. Ktoś niedawno mi opowiadał, że pewien europejski biskup poszedł się spotkać z zaprzyjaźnionym przedsiębiorcą. Ten pokazał mu, jak w ciągu dziesięciu minut potrafi przeprowadzić operację przynoszącą pewien zysk. Z Los Angeles sprzedał bydło do Hong Kongu i w kilka minut dorobił się sumy, która została mu natychmiast przelana na konto. Płynność ekonomii, płynność pracy: to wszystko stwarza bezrobocie. To płynny świat. Słyszy się wołanie o "powrót", nawet jeśli słowo mi się nie podoba, ponieważ jest raczej nostalgicznym. Volver to tytuł tanga argentyńskiego! Istnieje pragnienie odzyskania konkretnego wymiaru pracy. We Włoszech 40% młodych poniżej dwudziestego piątego roku życia jest bezrobotnych; w Hiszpanii 50%, w Chorwacji 47%. To sygnał alarmowy pokazujący tę płynność, która rodzi bezrobocie. Dziękuję za pytania i za żywą rozmowę, i przepraszam was za to, że się rozgadałem… *** O. Arturo Sosa SJ, Przełożony Generalny Towarzystwa Jezusowego, pod koniec dialogu pozdrowił Papieża w tych słowach: "Ojcze Święty, pod koniec tych dwóch intensywnych sesji, w imieniu wszystkich towarzyszy zebranych na 36. Kongregacji Generalnej, chciałbym Ci serdecznie podziękować za braterską obecność pośród nas i za to, że … się rozgadałeś! Dziękuję za Twój wkład w nasze rozeznanie! Dziękujemy, że utwierdziłeś nas w zachęcie do dogłębnego przeżywania naszego charyzmatu, krocząc razem z Kościołem i z tak wieloma ludźmi dobrej woli, kierowani współczuciem, zaangażowani w pocieszanie przez pojednanie, wrażliwi na rozeznanie znaków czasu. Kroczyć nie ulegając pokusie zatrzymania się w jednym z pięknych zakątków, jakie znajdujemy po drodze. Kroczyć, kierując się wolnością dzieci Bożych, która czyni nas dyspozycyjnymi, by być posłani do jakiejkolwiek części świata, na spotkania z cierpiącą ludzkością, zgodnie z dynamiką wcielenia Pana Jezusa, przynosząc ulgę tylu naszym braciom i siostrom, tak jak On przybitym do krzyża. Będziemy kroczyć razem, zgodnie z naszym sposobem postępowania, nie likwidując napięć między wiarą i sprawiedliwością, dialogiem i pojednaniem, kontemplacją i działaniem… Droga ta prowadzi nas do głębokiego spotkania z ludzkim bogactwem wyrażającym się w kulturowej różnorodności. Będziemy kontynuować nasze wysiłki w zakresie inkulturacji, by lepiej głosić Ewangelię i aby zajaśniało interkulturowe oblicze naszego wspólnego Ojca. Będziemy wiernie trzymać się Twojej rady zjednoczenia się z Tobą w stałej modlitwie, by otrzymać pocieszenie, które każdego jezuitę, wszystkich ludzi, z którymi dzielimy misję Chrystusową, czyni sługami radosnej nowiny Ewangelii. A teraz całym sercem chcemy Cię pozdrowić, każdy osobiście…".
fot. ze zbiorów Czesława Czaplickiego Wśród żołnierzy wyklętych znajdowali się nie tylko mężczyźni, którzy walczyli z bronią w ręku przeciwko sowieckiemu okupantowi i ich pomagierom. W szeregach oddziałów podziemia niepodległościowego służyły także kobiety, najczęściej jako łączniczki lub sanitariuszki. Niejednokrotnie przyszło im zapłacić za to cenę najwyższą. Wśród takich bohaterskich kobiet poczesne miejsce zajmuje Danuta Siedzikówna (ps. „Inka”). Pochodziła z Guszczewiny na Podlasiu. Danuta przyszła na świat w 1928 roku, w rodzinie leśniczego Wacława Siedzika i jego żony Eugenii. Uczęszczała do szkoły powszechnej w Narewce. Wojna boleśnie dotknęła najbliższych późniejszej „Inki”. Sowieci wywieźli jej ojca do łagru. Co prawda udało mu się wydostać i wstąpić do Armii Andersa, ale zmarł w Teheranie. Matka natomiast wpadła w ręce Gestapo i została rozstrzelana za współpracę z Armią Krajowa. Pod konie 1943 roku Danuta i jej siostra przystąpiły do Armii Krajowej. Tu przeszła szkolenie i została sanitariuszką. Oficjalnie pracowała w nadleśnictwie w Hajnówce, gdzie była kancelistką. Aresztowana w 1945 roku przez bezpiekę, odbita z konwoju przez patrol Armii Krajowej. Została sanitariuszką, pełniąc służbę w kilku kolejnych oddziałach 5. Wileńskiej Brygady AK, pod rozkazami Leona Beynara (ps. „Nowina”), czyli Pawła Jasienicy. Wówczas Siedzikówna zaczęła posługiwać się pseudonimem „Inka”. Latem 1946 roku wpadła w łapy bezpieki. „Inkę” aresztowano wskutek donosu jednej z łączniczek, która zgodziła się współpracować z UB. Siedzikówna została osadzona w więzieniu w Gdańsku. Mimo bicia i upokorzeń podczas przesłuchań, nie obciążyła nikogo zeznaniami. Część funkcjonariuszy milicji i bezpieki, którzy brali udział w walkach z oddziałem, w którym służyła Siedzikówna, zeznali, że brała czynny udział w walce, co więcej – wydawała rozkazy. Inni jednak temu zaprzeczali. Jeden zeznał, że po odniesieniu rany został opatrzony przez „Inkę”. Sąd wojskowy uznał ją za winną zarzucanych jej czynów i skazał młodziutką dziewczynę na karę śmierci. Jej obrońca napisał w jej imieniu do Bolesława Bieruta prośbę o łaskę – sama „Inka” odmówiła podpisania takiego dokumentu. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. W dniu 28 sierpnia 1946 roku w więzieniu przy Kurkowej w Gdańsku dopełnił się los Danuty Siedzikówny. Stanęła przed plutonem egzekucyjnym. W chwili śmierci nie miała nawet 18 lat. Według naocznego świadka jej ostatnie słowa brzmiały: Niech żyje Polska! Niech żyje „Łupaszko”! Wyrok został unieważniony w III RP. W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie „Inkę” Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Jej grób odnaleziono dopiero w 2014 roku. W 2016 roku miał miejsce uroczysty pochówek o charakterze państwowym. Pośmiertnie została awansowana na podporucznika. Artykuł powstał dzięki pomocy Gminy Wrocław
Jak trudno jest zawierzyć się łasce Bożej, zwłaszcza wtedy, gdy wydarzenia w naszym życiu kolidują z naszymi osobistymi planami. Tymczasem jest to niezbędnie konieczne do zbawienia. Trzeba by jeszcze wiedzieć, czym jest prawdziwie zawierzenie Bożej Opatrzności!Wiedzą o tym wszyscy ratownicy: gdy niesie się pomoc osobie tonącej, największe zagrożenie stanowią jej wysiłki, by się uratować. Strach, chęć, by za wszelką cenę utrzymać się na wodzie prowokują często chaotyczne ruchy. Taka osoba szarpie się lub chwyta desperacko swojego wybawcy, co bardzo skutecznie utrudnia mu płynięcie. Dokładnie w taki sposób zachowujemy się często wobec pozwolić Mu się ocalić, próbujemy kierować rzeczami po naszej myśli. Z powodu lęku lub dumy (a często mieszanki jednego i drugiego) nie zgadzamy się, by Mu się poddać, powierzyć się w zaufaniu. Jak tonący, który próbuje oddychać, tak każdy człowiek próbuje być szczęśliwy. To głęboko zapisane w nas pragnienie. I to pragnienie jest dobre, ponieważ pochodzi od Boga. Czy wierzymy jednak, że On wie lepiej niż ktokolwiek inny, co jest potrzebne do szczęścia naszego i naszych dzieci?Zawierzenie nie jest tchórzostwem ani lenistwemGdy odrzucamy zawierzenie się Bożej miłości, to tak, jakbyśmy mówili Mu „Wiem lepiej od Ciebie, czego potrzebuję, czego potrzebuje moja rodzina”. Jesteśmy jak tonący, który odrzuca proponowaną mu pomoc, ponieważ boi się i usiłuje utrzymać nad wodą za wszelką cenę, nie widząc, że ten, kto go ratuje, wie co ma robić, by pozwolić mu dotrzeć na stały ląd. A jednak nie możemy bezczynnie czekać na za bardzo nas szanuje, by dać nam szczęście, ot tak. Chce nas włączyć w swoje dzieło miłości i dlatego daje nam pragnienia, wolność i liczne talenty, byśmy budowali Jego Królestwo. Jednak niech te talenty nie przesłonią nam prawdy, że sami z siebie nic nie możemy. Wszystko otrzymujemy od Pana, bez Niego jesteśmy niczym i nic nie możemy każdym razem, gdy o tym zapominamy, odrzucamy możliwość zawierzenia się Jemu. Często mylimy niezależność i wolność, stwierdzając: „Nie potrzebuję nikogo, doskonale sam(a) daję sobie radę”. Sądzimy, że jesteśmy bardzo silni i zdolni wiele uczynić, podczas gdy tak naprawdę jesteśmy całkowicie i zupełnie istnieje również inne niebezpieczeństwo – Zły. Jest niezwykle sprytny i próbuje zawsze kusić nas do zła pod pozorami dobra. Dlatego też osoba leniwa będzie kuszona, by swoją bierność usprawiedliwić rzekomym zaufaniem Opatrzności: „Nie ma sensu, żebym ja się trudził, bo Bóg zatroszczy się o nas”. Podobnie będzie myśleć osoba tchórzliwa, uciekając w modlitwę, aby uniknąć konfrontacji konkretnego zobowiązania i nieuniknionych zmian, jakie ze sobą niesie: „Panie, liczę na Ciebie, ponieważ, przede wszystkim nie chcę, byś prosił mnie o jakieś działanie”. A tymczasem zawierzenie nie jest ani lenistwem, ani nie jest postawą oderwanych od rzeczywistości ludziWcielenie sprawia, że stąpamy mocno po ziemi i nie ma innego sposobu, by spotkać Pana i służyć Mu, inaczej, jak żyjąc w codzienności, w najbardziej prozaicznych aspektach tego życia. Nie wystarczy powtarzać: „Panie, Panie, dziękujemy, że się o nas troszczysz!”. Oczywiście, uwielbienie jest też modlitwą tego, kto zawierza się Bożej jedynym sposobem na zweryfikowanie autentyczności tego uwielbienia jest skonfrontowanie Go z rzeczywistością. Stawianie sobie właściwych pytań: „Czy moje uwielbienie ogranicza się do czasu modlitwy czy zmienia sposób w jaki traktuję moje osobiste sprawy, rozwiązuję trudności rodzinne, przyjmuję troski finansowe, buduję moje plany na przyszłość itp.?”.„Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Jeśli nie zgadzamy się na to, by powierzyć się Ojcu z absolutną ufnością małego dziecka, jeśli nie zgadzamy się, by w ręce Ojca powierzyć wszystko – wszystkie nasze pragnienia, nasze plany, nasze troski, tych, których kochamy, a nawet nasze grzechy – nie będziemy mogli wejść do Królestwa Bożego. Nie będziemy mogli skosztować szczęścia w tym Królestwie, obiecanego już tu na ziemi tym, którzy mają serce PonsardCzytaj także:Covid-19 – modlitwa zawierzenia św. Jana Pawła II dla osób w podeszłym wiekuCzytaj także:„O dobra Matko, strzeż mnie jako Twojej własności”. Akt pełnego zawierzenia Maryi
Szwed Sylwia "Mundra" to zapis dziesięciu rozmów z położnymi. Najstarsza ma ponad dziewięćdziesiąt lat i pierwsze porody przyjmowała podczas II wojny światowej, najmłodsza – dwadzieścia sześć i pracowała w szpitalu w Tanzanii. Należą do różnych środowisk, mają odmienne doświadczenia i światopogląd. Opowiadają o cudzie narodzin, o ogromnej sile, którą natura obdarzyła każdą matkę, ale także o ciemnej stronie swojego zawodu – poronieniach, aborcjach, powikłaniach okołoporodowych, przemocy wobec rodzących. Poruszają wiele aktualnych i kontrowersyjnych tematów – problem medykalizacji porodu, odejścia od natury, cesarskiego cięcia na życzenie czy zapłodnienia in vitro. To książka o mundrości natury i kulturowej sile kobiety. "Kiedy w 1983 roku rodziłam swoją pierwszą córkę, do kobiety, która była przypięta pasami do łoża boleści na sali porodowej po mojej prawej stronie, położne krzyczały: „Ty krowo!” (bo krowa ryczy). Do kobiety po lewej: „Ty świnio!” (bo się spasła). Ja ze strachu byłam cicho, co okazało się złą taktyką, bo nikt się mną nie zajął. Tak wtedy wyglądały polskie szpitale. Pełne odcięcie od rodziny, dziecko na osobnej sali. Ale już wtedy po korytarzu krzątała się niesamowita osoba, która usiłowała pomóc w rozpoczęciu karmienia piersią. Oficjalnie – ledwie ją tolerowano, ale to była jaskółka zmian. Wspominam ją z wdzięcznością do tej pory. W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła rewolucja w podejściu do rodzących. Nowe metody, porody rodzinne i domowe, możliwość poruszania się i wyboru pozycji, dziecko razem z matką, nastawienie na pomoc (a nie przemoc). Przez pewien czas wydawało się, że ta zmiana jest jednym z niewątpliwych i wymiernych efektów demokracji. Można było zobaczyć w porodzie kluczowy moment egzystencji. Rola położnej się zmieniła: to już nie jest wykonawczyni odgórnych instrukcji, ale doświadczona przewodniczka, która wie, że potrzebna jest współpraca z rodzącą. Ba! W grę wchodzą nawet uczucia, bo pozwalają pozbyć się lęku, który blokuje otwarcie. Jesteśmy w tej chwili w dziwnym momencie. Z jednej strony – poszukiwania poziomu reakcji instynktownych i nurt ekologiczny. Z drugiej – coraz większa medykalizacja porodu, rosnąca liczba cesarskich cięć. To, co mają do powiedzenia położne, z którymi rozmawia Sylwia Szwed, pozwala wśród sprzeczności odnaleźć pewien ład. Nie bez przyczyny w różnych kulturach tradycyjnych przypisywano akuszerkom mądrość, a nawet dostęp do ciemnych sił. One stoją u początku życia, widzą splot bólu i nadziei." Anna Nasiłowska "Najstarszy zawód świata. Przez całe lata nisko ceniony, zdegradowany, zdewaluowany. Dziś pomału wraca na należne mu miejsce. Położna. Pierwszy człowiek, z którym styka się nowo narodzone dziecko. To na położne Sylwia Szwed kieruje reflektor, rozmawiając z trzema pokoleniami kobiet, które postanowiły przyjmować dzieci przychodzące na świat. Dzięki tym rozmowom dowiadujemy się, że ten zawód wymaga nie tylko wrażliwości, ale również odwagi, niezależności i siły. Dobrze, że ta książka pomaga nam to docenić." Justyna Dąbrowska Opinie: Wystaw opinię Ten produkt nie ma jeszcze opinii Koszty dostawy: Odbiór osobisty zł brutto Kurier DPD zł brutto Paczkomaty InPost zł brutto Orlen Paczka zł brutto Kurier InPost zł brutto Kod producenta: 9788381915298 "Mundra" to zapis dziesięciu rozmów z położnymi. Najstarsza ma ponad dziewięćdziesiąt lat i pierwsze porody przyjmowała podczas II wojny światowej, najmłodsza – dwadzieścia sześć i pracowała w szpitalu w Tanzanii. Należą do różnych środowisk, mają odmienne doświadczenia i światopogląd. Opowiadają o cudzie narodzin, o ogromnej sile, którą natura obdarzyła każdą matkę, ale także o ciemnej stronie swojego zawodu – poronieniach, aborcjach, powikłaniach okołoporodowych, przemocy wobec rodzących. Poruszają wiele aktualnych i kontrowersyjnych tematów – problem medykalizacji porodu, odejścia od natury, cesarskiego cięcia na życzenie czy zapłodnienia in vitro. To książka o mundrości natury i kulturowej sile kobiety. "Kiedy w 1983 roku rodziłam swoją pierwszą córkę, do kobiety, która była przypięta pasami do łoża boleści na sali porodowej po mojej prawej stronie, położne krzyczały: „Ty krowo!” (bo krowa ryczy). Do kobiety po lewej: „Ty świnio!” (bo się spasła). Ja ze strachu byłam cicho, co okazało się złą taktyką, bo nikt się mną nie zajął. Tak wtedy wyglądały polskie szpitale. Pełne odcięcie od rodziny, dziecko na osobnej sali. Ale już wtedy po korytarzu krzątała się niesamowita osoba, która usiłowała pomóc w rozpoczęciu karmienia piersią. Oficjalnie – ledwie ją tolerowano, ale to była jaskółka zmian. Wspominam ją z wdzięcznością do tej pory. W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła rewolucja w podejściu do rodzących. Nowe metody, porody rodzinne i domowe, możliwość poruszania się i wyboru pozycji, dziecko razem z matką, nastawienie na pomoc (a nie przemoc). Przez pewien czas wydawało się, że ta zmiana jest jednym z niewątpliwych i wymiernych efektów demokracji. Można było zobaczyć w porodzie kluczowy moment egzystencji. Rola położnej się zmieniła: to już nie jest wykonawczyni odgórnych instrukcji, ale doświadczona przewodniczka, która wie, że potrzebna jest współpraca z rodzącą. Ba! W grę wchodzą nawet uczucia, bo pozwalają pozbyć się lęku, który blokuje otwarcie. Jesteśmy w tej chwili w dziwnym momencie. Z jednej strony – poszukiwania poziomu reakcji instynktownych i nurt ekologiczny. Z drugiej – coraz większa medykalizacja porodu, rosnąca liczba cesarskich cięć. To, co mają do powiedzenia położne, z którymi rozmawia Sylwia Szwed, pozwala wśród sprzeczności odnaleźć pewien ład. Nie bez przyczyny w różnych kulturach tradycyjnych przypisywano akuszerkom mądrość, a nawet dostęp do ciemnych sił. One stoją u początku życia, widzą splot bólu i nadziei." Anna Nasiłowska "Najstarszy zawód świata. Przez całe lata nisko ceniony, zdegradowany, zdewaluowany. Dziś pomału wraca na należne mu miejsce. Położna. Pierwszy człowiek, z którym styka się nowo narodzone dziecko. To na położne Sylwia Szwed kieruje reflektor, rozmawiając z trzema pokoleniami kobiet, które postanowiły przyjmować dzieci przychodzące na świat. Dzięki tym rozmowom dowiadujemy się, że ten zawód wymaga nie tylko wrażliwości, ale również odwagi, niezależności i siły. Dobrze, że ta książka pomaga nam to docenić." Justyna Dąbrowska AutorSzwed Sylwia Językpolski WydawnictwoCzarne ISBN9788381915298 Rok wydania2022 Wydanie2 Liczba stron304 OprawaTwarda Typ publikacjiKsiążka -17% This is Cezanne Paul Cezanne challenged convention and pioneered new possibilities in painting. He was remarkable for his ability to perceive and paint aspects of everyday life in ways that revealed dynamic yet deeply harmonious visions of the world. But the intellectual and emotional difficulties of his achievements were considerable. Mainly self-taught, most of his career was plagued by rejection. The critics, and the public, disliked his paintings, and in 1884 Cezanne declared that Paris, the centre of the nineteenth-century art world, had defeated him. Repeatedly, he retreated into self-doubt and bad temper. This book follows Cezanne on his extraordinary artistic journey, focusing on his formative discoveries, made not in the flashy, fashionable metropolis of Paris but in provincial and rural France, often in isolation. -5% -35% Perska zazdrość Nowa książka autorki bestselleru „Byłam służącą w arabskich pałacach". Znana z kart „Perskiej miłości” Joanna, żona bogatego kuwejckiego biznesmena Alego, wiedzie ekskluzywne, przepełnione przyjemnościami życie. Razem ze swoją amerykańską przyjaciółką, Angeliką, świetnie bawi się w Dubaju, w którym odwiedza najdroższe sklepy, restauracje i hotele. Ale co się dzieje, gdy luksus przez duże L przysłoni inne wartości? A ukochany, dbający o rodzinę mąż nagle zainteresuje się inną kobietą? Joanna niespodziewanie musi stawić czoło pełnej dramatyzmu sytuacji, która może doprowadzić do tragedii jej małżeństwo i trójkę dorastających dzieci. Czy potrafi uchronić siebie i swoją rodzinę przed katastrofą? Czy zdradę można wybaczyć? I jak potoczyły się dalsze losy Lidki, bohaterki „Perskiej miłości”? Laila Shukri po raz kolejny z właściwą sobie wnikliwością i barwnością odsłania najbardziej strzeżone tajemnice Orientu, w tym również dawnych i współczesnych haremów. Laila Shukri – ukrywająca się pod pseudonimem pisarka jest znawczynią Wschodu, Polką podróżującą i mieszkającą w krajach arabskich. Obecnie mieszka w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, ale już planuje swoją dalszą podróż. Niezależnie od tego, czy zatrzyma się na dłużej w położonej na pustyni oazie, czy w ociekającym luksusem hotelu, udaje jej się dotrzeć do najgłębszych sekretów świata arabskiego. Po całym dniu uwielbia zasiąść na tarasie i napić się campari. W 2014 roku ukazał się jej debiut powieściowy „Perska miłość”, który podbił serca polskich czytelniczek. -39% Życie w obecności Boga Jak żyć w obecności Boga? Co zrobić, by modlitwa była czymś tak naturalnym jak oddech? Czy kontemplacja może być porywająca? Ojciec Franz Jalics SJ był cenionym na całym świecie kierownikiem duchowym, mistrzem modlitwy kontemplacyjnej i autorem poczytnych książek. W czasie swoich podróży po świecie odkrywał zakorzenione w człowieku głębokie pragnienie przebywania w obecności Boga. W odpowiedzi pokazywał, w jaki sposób sam odkrywał Boga w swoim życiu i jak mu w tym pomogły ćwiczenia ignacjańskie. Staram się poprowadzić uczestników do osiągnięcia stanu pełnej ciszy, w którym bez szczególnego zastanawiania się czy religijnego natchnienia zwyczajnie przebywają w obecności Boga. Modlitwa to spotkanie z Panem. (...) Tworzy ją i podtrzymuje nie wysiłek człowieka, ale przede wszystkim miłość Boga, który w cudowny sposób wkracza do naszego życia i niejednokrotnie w krótkim czasie doprowadza do tego, czego ludzkim staraniem nie byliśmy w stanie osiągnąć. Publikacja powstała na okoliczność 90. urodzin Franza Jalicsa SJ (1927-2021). W Polsce ukazały się następujące tytuły autora: Kontemplacja (2017), Towarzyszenie duchowe (2017), Rozwój duchowy (2019), Praktyka modlitwy (2020). -41% Noc strachów Była sobie czarna, czarna droga, która prowadziła przez czarną, czarną noc. A na końcu tej czarnej, czarnej drogi rosła wielka stara grusza. A przy tej wielkiej starej gruszy stał koślawy domek z desek. A przed tym koślawym domkiem płonęło małe ognisko. A wokół tego małego ogniska siedziało kilkoro przyjaciół. A każdy z tych przyjaciół miał do opowiedzenia niesamowitą historię... -38% Pod mikroskopem Czy żywność GMO zmienia nasze geny? Czy antybiotyki szkodzą na jelita? Czy możemy wyleczyć się, stosując homeopatię? Czy jedzenie z mikrofalówki szkodzi? Czy kawa wypłukuje magnez, a jego brak powoduje skurcze mięśni? Czy przeziębiamy się na skutek zimna? Nie wszystko, w co wierzysz, jest prawdą. Autor tej książki wnikliwie przygląda się powszechnym przekonaniom dotyczącym zdrowia i medycyny. Szuka źródeł, wyjaśnia, rozkłada na czynniki pierwsze. W natłoku informacji trudno odróżnić fakty od mitów. To, co nam pomaga, od tego, co szkodzi. Teorie spiskowe od rzetelnej wiedzy. A stawka jest wysoka – jest nią nasze zdrowie. Poznaj największe absurdy medyczne ostatnich lat. Przyjrzyj się im pod mikroskopem! Patryk Nowak – diagnosta laboratoryjny, absolwent Akademii Medycznej we Wrocławiu (obecnie Uniwersytetu Medycznego) na kierunku analityka medyczna. Studia ukończył z wyróżnieniem. Od 2010 roku pracuje w Zakładzie Patomorfologii i Cytologii Klinicznej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. Interesuje się analityką medyczną, zdrowiem człowieka i czynnikami, które na nie wpływają, w tym żywieniem. Ufa nauce. Popiera szczepienia, nie kontestuje żywności GMO, nie boi się technologii Wi-Fi czy 5G. Wierzy w dowody oparte na faktach. Od 2015 roku prowadzi na YouTubie kanał edukacyjny Pod Mikroskopem. Skupia on już ponad 140 tysięcy subskrybentów i zawiera ponad 600 filmów mających prawie 35 milionów odsłon.
napisz co pomaga nam odzyskać łaskę